Albo turbiny, albo turbulencje
Zerowy VAT na samochody elektryczne i pompy ciepła. Trwała obniżka podatków od energii elektrycznej. Uproszczenie zasad pomocy publicznej dla firm, które przechodzą na umowy zakupu zielonej energii. To trzy postulaty, z którymi branża wiatrowa zwróciła się pod koniec kwietnia w Madrycie do rządów całej Europy. I trzy decyzje, które realnie zdejmują z gospodarstw domowych i przedsiębiorstw ciężar uzależnienia od paliw kopalnych.
Wróciłam z Madrytu z konkretnymi postulatami: w pierwszej kolejności przedyskutuję ten pakiet wśród Zielonych i będę zabiegać, by Madrycki apel stał się filarem naszej polityki energetycznej i klimatycznej. Najważniejszy z tych postulatów, od którego trzeba zacząć, to zerowy VAT na elektryki.
Dlaczego akurat Madryt? Bo to w Madrycie odbyło się WindEurope – największa w Europie coroczna konferencja i targi branży wiatrowej. Miejsce, gdzie spotykają się rządy, instytucje unijne, firmy energetyczne i naukowcy, żeby rozmawiać o bezpieczeństwie energetycznym i przyszłości europejskiej gospodarki. Tegoroczna edycja zgromadziła prawie 20 tysięcy uczestników z 85 krajów, a jej hasło brzmiało „From crisis to confidence”, czyli od kryzysu do stabilizacji. Pojechałam tam jako Sekretarz Stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska.
Tłem rozmów była diagnoza, obok której trudno przejść obojętnie. Sześć tygodni. Tyle paliwa lotniczego zostało w europejskich rezerwach. Jeszcze trzy tygodnie temu, gdy w Ministerstwie domykaliśmy uwagi do Krajowego Planu na rzecz Energii i Klimatu, brzmiało to jak ćwiczenie czarnych scenariuszy. Linie lotnicze tną tysiące rejsów, ceny biletów rosną z tygodnia na tydzień. Komisarz do spraw energii Dan Jørgensen mówił wprost, że nadchodzący kryzys może być tak dotkliwy jak te z 1973, 1979 i 2022 roku razem wzięte. Premier Hiszpanii Pedro Sánchez, otwierając konferencję, mówił o zamkniętej cieśninie Ormuz, dziesięciu milionach baryłek dziennego deficytu. Od końca lutego Europejczycy dopłacili 24 miliardy euro za sam import surowców. Ponad pół miliarda dziennie.
Stąd takie, a nie inne postulaty. I stąd liczby, które na pierwszy rzut oka wyglądają sucho, ale w rzeczywistości pokazują, gdzie znikają nasze pieniądze. Megawatogodzina prądu z lądowego wiatru kosztuje dziś 221 złotych. Ta sama megawatogodzina z węgla, 811 złotych. Niemal czterokrotna różnica. I tę różnicę płacimy wszyscy. W rachunkach, w cenach na półkach, w cenie biletu lotniczego. Każdy miesiąc zwłoki to pieniądze, które wyparowują z naszych portfeli do państw, na których politykę nie mamy żadnego wpływu.
Dobra wiadomość jest taka, że Polska ma potencjał, by stać się największym rynkiem energii odnawialnej w naszej części kontynentu. Powiedziałam to w Madrycie i mówię to teraz. W 2020 roku mieliśmy w Polsce około 6 GW mocy w lądowych elektrowniach wiatrowych, dziś jest to ponad 10,5 GW. Fotowoltaika urosła w tym samym czasie z około 4 GW do niemal 25 GW, czyli ponad sześciokrotnie. Łączna moc zainstalowana w polskiej energetyce to dziś od 65 do 70 GW, więc same wiatraki i panele odpowiadają już za blisko połowę systemu.
Do 2040 roku chcemy moce OZE co najmniej potroić. To dodatkowe sto gigawatów czystej energii. Jeśli się uda, odnawialne źródła będą stanowić 70 do 80 procent mocy zainstalowanej w polskim systemie. Skala porównywalna z całymi systemami energetycznymi sporych europejskich państw.
Wiatr na lądzie. Wiatr na Bałtyku. Słońce. To najtańszy prąd, jaki dziś umiemy wyprodukować, i to jest nasza energetyczna niepodległość. Wybór, przed którym stoimy, jest prosty: albo turbiny, albo turbulencje. Trzeciej drogi nie ma.